Co wie?

Co wie?

Co wie o szczęściu?

Pracowała na nie ciężko.

Początkowo tkała je z chwil zabarwionych „takinnością”. Ekscytowały ją gorące spojrzenia, pełne pożądania i fascynacji. Tak inne od tych znanych jej dotychczas. Pieściło ją własne zachwycone odbicie, zniekształcone butelkową zielenią jego tęczówek. Różniące się od żałosnej poświaty niknącej w szarości tamtych.

Później przyszły wątki stabilne, wpisane w koło życia.

Osnowa nie raz trzeszczała, naciągana do granic wytrzymałości. Ale ona mówiła sobie, że takie jest życie.

Była dobrze zaopatrzona w wielopokoleniowe mądrości na każdą okazję. Przodowało „coś za coś”. W trudnych chwilach podnosiła wysoko głowę i rozpoczynała mantrę.

Tylko czasami, wraz z gwałtownie spadającym strumieniem gorącej wody pochłaniającym każdy dźwięk, płynęły po jej twarzy niespełnione marzenia.

A o marzeniach też wiedziała sporo.

O tak! Była nad wyraz staranna w ich pielęgnacji. Przypominała baśniowego bibliotekarza, sunącego między regałami w słonecznej poświacie pełnej zawieszonych drobin kurzu. Kolekcjonowała wszystkie niebyłe chwile, które wyhodowała na jednym, jedynym wspomnieniu.

Wspomnieniu pierwszej miłości.

Tej, której los nie pozwolił przetrwać dorosłej próby czasu.

Tej, którą los zesłał za szybko.

Okrutny w swej dobroci, obdarował maleńkim ziarenkiem dwoje zbyt młodych dusz zawieszonych pośrodku wirującego w pędzie świata. Ono rosło i kwitło całą mocą swej pierwszej, szaleńczej siły. A każde z nich chciało zagarnąć jak najwięcej, zachłannie szarpiąc w swoją stronę. Aż pękło…a wątlejące z każdą chwilą resztki oplotły jej serce żalem i wieczną tęsknotą…

A co wie o miłości…?

Reklama: